Konkursy pianistyczne – na marginesie dyskusji

Drukuj

W wywiadzie udzielonym jakiś czas temu rosyjskiemu PianoForum nieżyjąca już niestety prof. Wiera Gornostajewa, jeden z najwybitniejszych pedagogów w historii światowej pianistyki, juror wszystkich chyba najważniejszych konkursów pianistycznych oraz powszechnie szanowany autorytet w sprawach muzycznych i nie tylko, stwierdziła między innymi, że etap konkursowy w życiu młodego pianisty jest koniecznością od której nie ma ucieczki a receptą na sukces w tej sine qua non i de facto przepustce do docelowej tzw. kariery, cokolwiek ma to oznaczać, jest stosunkowo prosty cocktail złożony z talentu, pracowitości wynikającej z siły charakteru oraz pewnego sprytu polegającego na nabyciu i odpowiednim wykorzystaniu umiejętności wpisania się w chwilowy kontekst okolicznościowo-sytuacyjny, indywidualny prąd wznoszący. Wszystko ze szczególnym uwzględnieniem bardzo istotnej właściwej strategii doboru repertuaru, który jako wektor temperamentu odtwórcy będzie następnie oddziaływał na coraz szerszą publiczność w taki a nie inny sposób . To oczywiście opinia wysoce idealistyczna, romantyczna wręcz i szeroko rozpowszechniona na wszystkich szczeblach i etapach produkcji i konsumpcji muzyki poważnej, ale czy prawdziwa?

Spróbujmy ogarnąć sytuację nieco z lotu ptaka. Brytyjski krytyk i komentator życia muzycznego Norman Lebrecht już dawno zauważył coś, co na pierwszy rzut oka mogłoby wydawać się błędem metodologicznym lub nawet błędem druku, ale jak okazuje się wcale nim nie jest. Chodzi mianowicie o drastyczną asymetryczność popytu i podaży tzw. produkcji klasycznej na światowych rynkach. Na początek podaje on dla przykładu casus, miejmy nadzieję że jednorazowy (dane z 2015 roku), pierwszoligowej amerykańskiej skrzypaczki Hilary Hahn, której nie udaje się sprzedać nawet 100 płyt z jednorazowego nakładu, podczas gdy „tenor” Andrea Bocelli bije wszelkie rekordy przy około 400 transakcjach tygodniowo zaś americana dla nostalgików wojny secesyjnej w wydaniu Anonymous 4, odnośnik raczej paradoksalny w stosunku do dwóch poprzednich , w momencie oddania jego notki do druku osiągnęły przyprawiający o zawrót głowy rezultat 189 egzemplarzy jakie trafiły następnie pod strzechy Wyoming .
 Biorąc pod uwagę, że organizacja koncertów ma zwykle na celu właśnie promocję płyty oraz fakt, że jej produkcja i wprowadzenie do obiegu rynkowego w zależności od skali kampanii promocyjnej przedstawia dla wytwórni wydatek rzędu od kilkudziesięciu do nawet kilkuset tysięcy USD/euro nie są to wyniki godne nie tylko Lady Gagi ale pewnie i junior managera zapomnianej gdzieś na końcu świata budki z przedwczorajszymi zapiekankami. Według innych amerykańskich danych statystycznych, tym razem Wall Street Journal, i tak już dramatycznie niska frekwencja na koncertach muzyki poważnej w latach 1992-2012 spadła jeszcze prawie dwukrotnie, przy czym trend ten wydaje się nabierać rozpędu.

W Europie wcale nie jest lepiej, pomimo stosunkowo wysokich nakładów na niektóre ściśle wyselekcjonowane dziedziny produkcji artystycznej. Ogólnie więc sprawa wydaje się raczej jednoznaczna i nawet, jeśli nie ulec pokusie snucia reduktywnej wizji muzyki poważnej jako jedynie uszminkowanego trupa, to z całą pewnością odporna na eksplozję możliwości globalnej komunikacji jakie niesie za sobą rewolucja technologiczna ostatnich dziesięcioleci pozostała ona tradycyjnie domeną naturalnie kurczącej się, ściśle zakonspirowanej i nieprzystępnej elity.

A co tymczasem dzieje się na drugim końcu spektrum? Według danych Alink-Argerich Foundation w roku 2009 doliczono się co najmniej 750 konkursów pianistycznych, z czego w samym 2008 roku miało ich miejsce 350. W dniu dzisiejszym konkursów afiliowanych z fundacją jest 157, przy czym można rozsądnie podejrzewać, że w ogóle jest ich już dobrze ponad 1000.

Kim jest zatem ta bardzo nikła kasta, która dzierży klucz do niemal w całości subwencjonowanego przez instytucje państwowe lub prywatne sezamu? „Tournée po konkursowych juries stało się dla pewnej grupy ludzi zajęciem zarobkowym w pełnym wymiarze godzin. Przeskakują oni z jednego konkursu na drugi i spotykają się w tym samym gronie w Wenecji w jakim dopiero co spotkali się w Londynie” (za: Ivan Hewett). Jest środowiskową tajemnicą poliszynela, że w wielu konkursach w charakterze jurorów zasiadają albo agenci artystyczni i ich przedstawiciele albo stojący za sklepową ladą zawodowcy pozostający pod wzajemnie uzależniającym wpływem tkwiących w obiegu zamkniętym, skomplikowanych struktur biznesowych jakie te czy inne agencje reprezentują. Nic też dziwnego, że w takim kontekście pojawiają się mniej lub bardziej uzasadnione oskarżenia o korupcję, jak to miało na przykład miejsce podczas IX Konkursu im. P. Czajkowskiego w Moskwie.

Last but not least, nie sposób pominąć aspektu moralnego całej tej historii. Z jednej strony jest oczywistym, że na pewnym poziomie normatywnego dyskursu nie da się „obstawiać” artystów jak koni wyścigowych (Bartok) , co od jakiegoś czasu ma każdorazowo miejsce przy okazji Konkursu Chopinowskiego i co jest absurdem w stanie czystym, a z drugiej – tu przytoczę Matti Raekallio, wykładowcę nowojorskiej The Juilliard School – jakie szanse ma prowincjonalny, niezwiązany z metropolitalnym establishmentem i niedysponujący adekwatnymi do celów autopromocyjnych środkami finansowymi muzyk aby chociaż raz w życiu ktoś gdzieś go usłyszał i, być może, docenił?

Z pewnością można i trzeba zadać sobie pytanie podstawowe o możliwość uwolnienia się od tego matrixu. „System uległ załamaniu, konkursy nie mają już żadnego wpływu na dalszą karierę”, mówi mieszkający w Paryżu amerykański pianista Ivan Ilic. (za: Michael Johnson). To chyba jednak coś więcej niż zwykłe załamanie, to raczej implozja pod wpływem powracających tsunami perfekcyjnie sklonowanych i przygotowanych do podboju praktycznie nieistniejącego już rynku coraz to młodszych artystów, którzy w swojej statystycznej większości opanowali w stopniu mistrzowskim to co w konkursach jest najważniejsze czyli bezpiecznie przewidywalną, ocierającą się o sztampę bezbłędność prezentacji materiału, chociaż i to nie zawsze. Ale prof. Raekallio tu też dostrzega światło na końcu tunelu apelując do adeptów trudnej sztuki gry na fortepianie, aby nie dali się ponieść owczemu pędowi ku własnej zgubie:
„[Ci najbardziej inteligentni] młodzi ludzie coraz częściej poszukują innowacyjnych, radykalnie osobistych rozwiązań, coraz bardziej nietypowych miejsc do koncertowania, odkrywają improwizację, proponują nową, prowokacyjną a zarazem intelektualnie spójną lekturę starych treści (…)”

Jaki z tego morał? Taki, że chyba warto być sobą i czasem chodzić własnymi drogami, chociażby tymi najbardziej krętymi…

źródło: oryginał artykułu  z portalu natemat.

Czytaj również